niedziela, 4 marca 2018

Lili - niezwykły lamorożec


Witajcie! Dziś już nie tak mroźno, słońce świeci...ciekawy jestem, co porabiacie...

Nadszedł czas na rozstrzygnięcie konkursu ogłoszonego w ostatnim numerze gazetki - na stworzenie portretu Lili - lamorożca.:-)

Najbardziej spodobała mi się praca Krystiana Gronia i to on otrzyma nagrodę- wraz z całą redakcją gratulujemy!

A oto zwycięska praca



A dla wszystkich tych, którzy nie czytali jeszcze opowiadania, wrzucam tekst- miłej lektury!

 Lily – niezwykły lamorożec

 Pewnego słonecznego popołudnia, za czasów Gryzeldy Jedynej, najpotężniejszej czarownicy we wszechświecie, na świat przyszedł mały lamorożec. Takie niezwykłe zwierzę powstało z połączenia matki małego źrebaka, która była pięknym jednorożcem i ojca – wielkiej, puchatej lamy. Oba te zwierzęta należały do Sophie Bloom. Była to bardzo zamożna czarownica mieszkająca z mężem i trójką dzieci, Isabelle, Vicky i Natashą. Cała jej rodzina była po uszy zakochana w magicznych i niezwykłych stworzeniach, byli oni też bardzo wrażliwi na cudzą krzywdę.
 Gdy urodził się mały lamorożec, którego nazwali Lily, byli bardzo podekscytowani, bo po raz pierwszy w swojej hodowli gościli tak niesamowicie piękne stworzenie. Bowiem wokół małej Lily od pierwszych minut jej życia w powietrzu unosiła się różowo-srebra mgiełka, a gdy już trochę podrosła, z jej czubka głowy i zadu wyrastały pojedyncze włosy w kolorach tęczy. Sąsiedzi, którzy mieszkali najbliżej państwa Bloom, wychylali się zza płotów oddzielających domy, aby tylko zobaczyć to niesamowite stworzenie. Poza tym rodzina ta była jedną z najbardziej znanych rodzin w świecie czarodziejów, gdyż hodowali najbardziej niezwykłe zwierzęta na świecie. Teraz, mając Lily, stali się jeszcze sławniejsi. Nawet Minister od Spraw Magicznych Stworzeń osobiście przyznał państwu Bloom nagrodę w postaci pieniędzy na dalsze prowadzenie hodowli „POD SKRZYDŁAMI PEGAZA”(nazwa wzięła się stąd, iż Bloomom nigdy nie udało się znaleźć, ani wyhodować pegaza, czyli magicznego konia z pięknymi i dużymi skrzydłami, dzięki którym może latać, lecz przecież nie jest to opowiadanie o całej hodowli). Lily rosła z dnia na dzień, zamieniając się w duże, puchate i piękne stworzenie. Pewnego dnia Isabelle, jedna z córek Sophie, zauważyła, że mała Lily już nie jest taka malutka i że z jej główki zaczął wyrastać mały róg. Gdy to oznajmiła, przy zwierzęciu pierwsza pojawiła się Natasha, najstarsza z rodzeństwa. Za nią podążała Vicky, a potem pani Sophie i pan Hipolit (tak nazywał się mąż pani Sophie). Wszyscy zaczęli oglądać główkę Lily. Faktycznie, spod obfitej grzywy wychylał się nieśmiało mały róg. Lamorożec był zdezorientowany, ale stał spokojnie i dawał się głaskać. 
Niespodziewanie mała Vicky zapytała:
 – A kiedy będę mogła się na niej psejechać? – wysepleniła. Isabelle i Natasha wymieniły rozbawione spojrzenia, lecz rodzice zachowali powagę.
 – Gdy jej wzrost będzie wynosił około 1 metra i 80 centymetrów, będzie już chyba w stanie nas utrzymać, nieprawdaż? – odpowiedział pan Hipolit –Będzie mieć wtedy jakoś półtora roku. 
Trzeba zaznaczyć, że w magicznym świecie czas upływa 5 razy szybciej niż u nas. A więc Lily rosła, rosła i rosła. Urosła nawet szybciej, niż się spodziewano. Był 2020 rok. Na nieszczęście, ojciec Lily, Ted bardzo poważnie zachorował. Na początku pani Sophie, z pomocą Natashy, która była już dorosła, próbowały podać mu zbyt słaby eliksir Bleblefuj. Gdy to nie podziałało, spróbowały uwarzyć Pikapikaciu, trochę mocniejszy od poprzedniego eliksiru. Niestety, to też nie przyniosło żadnych efektów. Z trudem podały mu Bumcikabumbum, bardzo silny środek na wszystkie choroby. Państwo Bloom byli załamani, gdy ten sposób nie zadziałał. Postanowili udać się do króla, najpotężniejszego maga na świecie, z wyjątkiem Gryzeldy Jedynej. Wybłagali go, aby pomógł im uleczyć Teda, schorowaną lamę. Król ulitował się nad biednym stworzeniem i dał mu szansę. Z pomocą swoich wiernych poddanych uwarzył najmocniejszy eliksir na całym świecie. Nazywał się on Piopiopijolololo. Podziękowali królowi i polecieli na miotłach do domu. Z drżącymi rękami podali Tedowi napój. Lecz i ten sposób nie zadziałał. Nazajutrz, gdy już spodziewali się najgorszego, pozwolili Lily pożegnać się z Tedem. I w tym momencie stało się coś niezwykłego. Zwierzę rogiem trąciło lamę, a ta zerwała się na nogi. Z ust Natashy wydobył się głośny pisk. Ted w jednej chwili wesoło zakręcił się wokoło zgromadzonych w stajni osób. Nagle z jego sierści, tak samo jak u Lily, wyskoczyło radośnie kilka małych różowych iskierek, a za nimi kolejne i kolejne, aż utworzyły złoto-białą chmurkę. Nikt nie patrzył się na Lily, która ja gdyby nigdy nic, brykała po łące koło domu. Wszystkie oczy skierowane były na Teda. Gdy już cała rodzina opamiętała się, zaczęła kolejno przytulać lamę, której to w ogóle nie przeszkadzało. Isabelle, jako bardzo płaczliwa dziewczynka, rozkleiła się na dobre tak, że pan Hipolit musiał wziąć ją do domu i podać jej eliksir spokoju. Obudzeni piskiem sąsiedzi, ponieważ działo się to nad ranem, zbiegli się wokoło domu Bloomów. Pani Sophie podeszła do nich i wszystko im wytłumaczyła. Wytrzeszczyli oczy, ale nic nie powiedzieli i rozeszli się do domów. „Co za kłamcy! Przecież żadne zwierzę nie jest w stanie uratować umierającego! Bzdury i tyle” – myśleli sobie Stroiwąsowie, najbliżsi sądziedzi rodziny Bloom. Nie byli w najlepszych kontaktach z nimi, bowiem gdy Isabelle i Natasha były jeszcze małe, zamieniły syna Stroiwąsów w pająka, a gdy ten odzyskał już normalną postać, nadal chodził po ścianach. A więc sąsiedzi rozeszli się, a pani Sophie odprowadziła Lily do boksu. Ta zmęczona położyła się i zasnęła. Następnego dnia Natasha, Isabelle i Vicky wstały bardzo wcześnie. Chciały bowiem wybrać się na przejażdżkę. Ustalono, że Natasha, jako najstarsza, pojedzie na jednorożcu, mamie Lily o imieniu Brunhilda. 
Isabelle na swój grzbiet weźmie Ted, a Vicky dosiądzie Lily. Ich celem było dotarcie do Krainy Tęczy i odwiedzenie Pikpikpokpokpokpika, małego stworka i przyjaciela Bloomów. Mieli go poprosić o nasiona pitpilitka, pięknego i uzdrawiającego kwiato-zioła. Gdy dotarli do dworku Pikpikpokpokpokpika, ten wyszedł im już na spotkanie z rośliną w łapce. Zdziwione jego przewidywalnością dziewczynki podziękowały mu i ruszyły do domu. Postanowili na chwilę zostawić rodzinkę – Teda, Brunhildę i Lily – żeby się trochę pobawili na świeżym powietrzu. Zwierzęta pobrykały po mokrej od rosy trawie i same wróciły do stajni. Lily po raz pierwszy od swoich narodzin ujrzała Bunię, swoją mamę i była jej obecnością nieco zaskoczona, ale i tak bardzo ją lubiła. Często tak jak ona miała lekką głupawkę, czyli latała (w przenośni oczywiście) jak oszalała po całej łące. Ted był o wiele spokojniejszy i  powazniejszy, lecz on także czasem dawał ponieść się emocjom. Raz Lily niechcący wysłała tatę do chmur, ale Bunia opanowała sytuację i ściągnęła Teda z powrotem na ziemię. Może to dlatego czasem Ted przyglądał się jej wybrykom z lekkim niepokojem? Jednak cała rodzinka żyła w zgodzie. Aż pewnego dnia na polanę wtargnęła ogromna krowa Mućka i poprzewracała wszystkich tam stojących – panią Sophie, Isabelle, Teda i Bunię. Na szczęście nikomu nic się nie stało. Poza jednym wyjątkiem. Buni złamał się róg. Pan Hipolit natychmiast podbiegł do żony i córki, a potem do zwierząt. Patrzył na płaczącą jednorożcowymi łzami Bunię i zrobiło mu się żal zwierzęcia, ale wiedział, że rogu już na pewno żadnym cudem nie przyklei Buni z powrotem. Nagle jak grom z jasnego nieba, pojawiła się na miejscu zdarzenia Lily. 
 – Niech pan podniesie ten róg, panie Hipolicie – pisnął jakiś głosik. Przepraszam, nie „jakiś” tylko głos… Lily! Pan Hipolit ogromnie zdziwiony patrzył na Lily jak na anioła. 
 – Proszę, podnieście ten róg – odezwała się znowu.
-Nnnnno ddddobrze… – wyjąkał pan Hipolit – Llllily… ttty ummiesz mmówić?
Lily popatrzyła na niego spode łba. 
– Dobrze, już dobrze, podniosę go.
Zwierzę dotknęło rogiem części tego drugiego, a na niego wylała się jakaś błyszcząca maź. Lamorożec kazał panu Hipolitowi przyłożyć „zamazianą” część rogu do tej, którą Bunia miałą na głowie.
 „ – Puść” – rozkazała Lily. Po raz drugi już stał się cud – róg trzymał się na łbie Brunhildy, a gdy spróbowała jakichś czarów, wszystko działało znakomicie. Bunia podeszła do Lily i wymamrotała coś, co można by było uznać za niewyraźne „dziękuję ci”. Wszystko skończyło się szczęśliwie. 
* * *
Kilkanaście lat później, gdy dzieci Bloomów były już dorosłe, a pani Sophie i pan Hipolit też nie byli najmłodsi, Lily wraz z rodzicami udała się za Tęczowy Most, miejsce, gdzie wszystkie zwierzęta trafiają po swoim długim i szczęśliwym życiu. Bloomowie żałowali bardzo straty tych cudnych zwierząt i tego, że nigdy nie spytali Lily: „Czy było ci u nas dobrze”?

                    Aleksandra Bania, kl.4a

poniedziałek, 19 lutego 2018

Jak przetrwać zimę?

Witajcie!

Zapewne nie nurtuje Was problem, jak przetrwać zimę, bo:

- mama zrobi kanapeczkę do szkoły, 

- babcia(albo inna uczynna osoba)da kasę, mając nadzieję, że kupicie coś zdrowego,

- słaniając się(niby z głodu) na szkolnym korytarzu weźmiecie na litość ziomków z klasy(albo i innych, którzy się napatoczą), którzy dokarmią biedaka,

- sami macie przyoszczędzone co nieco na czarną godzinę i w razie konieczności zawsze starczy na pakę chipsów, aby pomóc organizmowi w walce z  zimnem, gromadząc obowiązkowy tłuszczyk.

A czy wiecie, jak radzą sobie zwierzęta?




Mam nadzieję, że Wasza wiedza o zwierzętach nieco się wzbogaciła a przeczytane informacje pomogą w rozwiązaniu krzyżówki, która ukaże się w najnowszym numerze gazetki.

Buźka!

Źródło

środa, 14 lutego 2018

14 luty- Walentynki :-)

Witajcie!

Postanowiłem założyć bloga naszej gazetki. 
Czy to dobry pomysł? Zobaczymy:-)

Dziś, z racji dnia św.Walentego, chciałbym przypomnieć opowiadanie, które pojawiło się kiedyś na łamach naszej gazetki. Mam nadzieję, że Wam się spodoba:-).





                                Pechowy dzień

          Wiktoria siedziała po turecku na łóżku już dobrą godzinę i tępo gapiła się w plakat Justina Timberlake’a. „Co tam Justin! – myślała – wystarczy mi ON!” Tym kimś był od dawna podziwiany Artur zwany Arti. Ten pseudonim zawsze kojarzył się jej  z artystą, co w pewnym stopniu się zgadzało... Urodzony aktor, na plastyce malarz, choć najwięcej udzielał się w sporcie! Z urody może nie należał do czołówki szkoły, ale jego urok osobisty działał na większość dziewczyn. Chodził do równoległej klasy i zdarzyło się nawet raz, że pojechali razem na wycieczkę. Najbardziej spodobało się Wiki to, że miał swoje zdanie – nie zawsze dawał się wkręcić w wymyślone przez kolegów „numery”. Jedyny moment, kiedy mogła bezkarnie się mu przyglądać, to były szkolne akademie i przede wszystkim dyskoteki. Niestety te nie zdarzały się tak często, jakby sobie życzyła. Olka – jej kumpela- od dawna namawiała ją, żeby wreszcie zrobiła pierwszy krok. Ale po pierwsze, nie należała do osób odważnych i z ochotą rzucających się w paszczę lwa a po drugie, zrobienie z siebie idiotki  raz na zawsze przekreśliłoby jej i tak bardzo marne szanse. Pomysł bliższego poznania Artiego zrodził się dzięki szczęśliwemu trafowi. Nauczycielka zajmująca się redagowaniem gazetki poprosiła go o przygotowanie wyników sportowych. Olka, jak się tylko o tym dowiedziała, nie mogła przestać myśleć, jak by tu pomóc przyjaciółce. A że ona, w przeciwieństwie do Wiki, była osóbką, która nie boi się „obciachu”, nie mogła spać, póki nie obmyśliła planu. Dźwięk telefonu wybudził rozmarzoną Wiktorię.
- Halo?
-Wiki? To ja, Olka. Idziesz jutro do szkoły?
- A dlaczego nie? – spytała tępo Wiktoria.
- No wiesz, matma, polak.....i w  ogóle.....
- Eeee.....idę, idę....coś tam umiem, a poza tym jutro MY mamy lekcje o tej samej porze!
- Ach, tak....To dobrze.
- Dlaczego dobrze? Znowu coś kombinujesz?
- Hmmm.....spróbuj zrozumieć, nie mogę patrzeć, jak się męczysz....
- Olka! Daj spokój! Nie chcę się zbłaźnić! Już lepiej nic nie robić...
- „Siedź w kącie, a znajdą Cię” – powiedziała do siebie Olka.
- Co tam mruczysz pod nosem?
- Nic, nic....kończę. Wieczór mam z głowy, skoro MUSZĘ jutro iść do szkoły...Ale od czego ma się przyjaciół?
-Nic nie rozumiem, ale mam złe przeczucia – zaśmiała się Wiki – Miłej nauki! – dodała z nutką złośliwości.
Olka wyrwała ją z bezkształtnych marzeń o Artim. Czar prysł, wróciła rzeczywistość. Rzeczywistość w postaci zeszytu do polaka. Z nauką zeszło do późnego wieczora, nawet jeść jej się nie chciało. Patrząc na Justina uśmiechającego się do niej ze ściany, beznamiętnie przeżuła przygotowane przez mamę kanapki. Z nerwów spowodowanych matmą, polakiem i pomysłami Olki usnęła w mgnieniu oka.
Nazajutrz pech przyplatał się jeszcze w domu. Oblała herbatą białą koszulkę polo z emblematem i zmuszona byla włożyć kamizelkę. Nienawidziła kamizelek od dziecka a ta  szkolna nie miała w sobie nic, aby tę nienawiść przełamać. Spóźniła się na polski, co nie pozostało bez echa. Na matmie okazało się, że nie powtórzyła wszystkiego, co niezbędne.A na dużej przerwie....
- Idzie! – szepnęła konspiracyjnie Olka do ucha Wiki.
- Przestań. – Wiki aż się zagotowała.
Kiedy Artu zbliżył do nich, Olka podeszła do niego.
- Hej! Jestem Olka a to moja kumpela Wiki. Sorki, że Cię zaczepiam, ale musimy dzisiaj mieć te materiały.
- Cześć ... ale o jakie materiały wam chodzi?
- Materiały do gazetki szkolnej...te o sporcie – wyjaśniała z niewzruszoną miną Olka.
- Aaaaa.....wyniki sportowe! Mam je spisane, ale na kartce. Czy to naprawdę musi być na dzisiaj!
- MUSI – stwierdziła Olka stanowczo.- Wiktoria mieszka niedaleko Ciebie, więc po południu może po te materiały podskoczyć. A jak nie zdążysz, to Ci podyktuje a Ty wklepiesz do kompa. Co Ty na to?
Artur popatrzył na czerwoną twarz Wiktorii, uśmiechnął się i powiedział:
- Super! A wiecie, gdzie dokładnie mieszkam?
- Wiktoria wie....- wyrwało się Olce, ale w porę ugryzła się w język i dokończyła - ...w którym bloku.
- Mieszkam na 2 piętrze, mieszkanie nr 16. Czekam w takim razie, hej!
Kiwnął głową i poszedł. Dzwonek uratował Olkę z poważnych tarapatów, gdyż Wiki miała dylemat: udusić, walnąć plecakiem w głowę czy utopić w szkolnej umywalce. Tymczasem trzeba było biec na technikę...Reszta przedmiotów nie była w  stanie zainteresować Wiktorii, która cały czas myślała o tym, co zaszło...
-„Przecież jakby nie chciał, żebym przyszła, to coś by wymyślił? Ale przecież głupio by było, powiedzieć – nie!” Te i inne pytania kłębiły jej się w głowie, ale tak naprawdę to klamka zapadła. Postanowiła jednak dla zasady nie odzywać się do Olki...do końca dnia.
Gdy tylko wróciła do domu, rozmyślała nad znaczeniem słów: po południu. Po południu to znaczy kiedy??? Była 12.20 a więc po południu!!! Wiedziała jednak, że Artur ma lekcje trochę dłużej. Postanowiła pójść o 16.00 – po obiedzie. Do tej pory czas wlókł się jak zaczarowany, a ona myślała tylko o tym, jak nie zrobić się czerwona. Niestety na to nie miała wpływu. Gdy zbliżała się godzina „zero”, ubrała się w jej zdaniem luzackie ciuchy i poszła z miną skazańca. Czuła przez skórę, że ten dzień nie należy do najlepszych i zapewne coś jeszcze się wydarzy. W najczarniejszych snach nie przewidziała jednak tego, co się stanie....
Z bijącym sercem i z obowiązkowymi wypiekami na twarzy nacisnęła na dzwonek. Drzwi otworzyły się po chwili i na klatkę wyjrzała mama Artiego.
- Dzień dobry! Jestem koleżanką Artura i umówiłam się  z nim dzisiaj....to znaczy....miałam przyjść po materiały do szkolnej gazetki.
- Dzień dobry! Ale Artura jeszcze nie ma! Ma trening,  – popatrzyła na zegarek – ale za 10 minut powinien być w domu. Proszę wejdź i zaczekaj.
Wiktoria nie wiedziała, co robić, ale nagle obudziła się w niej jakaś wola walki.
- Dziękuję – odpowiedziała i weszła do domu .
- Proszę, siądź sobie w pokoju, masz tu gazety, żeby Ci się nie nudziło – rzekła wręczając plik jakichś kolorowych pisemek – Ja niestety muszę wyjść, ale mąż jest w domu. Artur na pewno zaraz będzie. Do widzenia!- krzyknęła na odchodnym i w pokoju pozostał po niej tylko zapach perfum. Wiki z nudów zaczęła przeglądać gazety: moda dla starszych pań, reklamy, artykuł o niechcianym dziecku..... Nagle do pokoju wszedł tata.
- Dzień dobry! Jesteś koleżanką Artura z klasy?
- Nie, ze szkoły. Piszemy artykuły do gazetki szkolnej.
- Ach tak....- odpowiedział tata sadowiąc się na kanapie. – A co to szanowna koleżanka wyczytała w tych gazetach ciekawego?
Wiki z prędkością błyskawicy przerzucała w pamięci strony przeglądanej gazety: „Moda? nie....niechciane dziecko....eeeee...jeszcze gorzej.....reklamy? Reklamy!”
- Przeglądałam gazetę i natknęłam się na reklamy. Już teraz wszystko można kupić drogą wysyłkową. Znalazłam na przykład reklamę butów za 15 zł.! Za taką cenę to chyba muszą być z tektury!- zaśmiała się Wiki. Tata Artura wziął do ręki gazetę, popatrzył na reklamę a następnie.....zdjął swojego buta i zaczął mu się przyglądać. Wiki nie wierzyła własnym oczom! W ręku trzymał buta z reklamy. Po raz pierwszy, gdyby tylko miała lustro, poznałaby znaczenie słowa „purpura”.
- Hmmm- mruknął tata- nie są może jakieś specjalne, ale na pewno nie są z tektury!
Wiki chciało się płakać, ale ostatkiem sił opanowała się.
- Przepraszam pana(to „przepraszam” dotyczyło chyba wszystkiego po trochu), ale muszę już iść. Artura nie ma, a ja mam jeszcze tyle do nauki.
- Oczywiście, oczywiście....Czy coś Arturowi przekazać?
- Nie, dziękuję, spotkamy się jutro w szkole. Do widzenia!
- Do widzenia!
Wiktorii zdawało się, że tata Artura dziwnie sie uśmiecha, połączenie politowania z kpiną. Spaliła za sobą wszystkie mosty...
Długo się trzymała, zrobiła nawet wszystko, co było zadane, ale wieczorem, kiedy zadzwoniła Olka i spytała, jak było, nie wytrzymała i tylko płakała do słuchawki.
Nie chciała iść do szkoły, ale postanowiła stawić czoło temu, co się stało.
Chowała się w ubikacji każdą przerwę, ale po jednym z dzwonków na lekcję wpadła wprost na Artura.
- Cześć! – uśmiechnął się Artur – Dlaczego nie zaczekałaś? Spóźniłem się tylko 5 minut!
- Eeeee....tak wyszło.- Wiki spuściła głowę.
- Rozmawiałaś z moim tatą, mam nadzieję, że znowu czegoś nie wymyślił......
- To znaczy?
- Uwielbia robić sobie żarty i  czasami przesadza.... Mówił coś, że śmialiście się z reklam.
Wiki znieruchomiała. Podniosła oczy i wyrzuciła z siebie słowa:
- Śmiałam się z butów Twojego taty, ale nie chciałam.....
- Tych z reklamy? – Arti zaczął się śmiać – Kupiliśmy je tacie z bratem na 50. urodziny. Dla takiego kawalarza to miał być extra prezent. Tymczasem tata zawziął się i na złość nam nosi je zawsze. Nawet wtedy, jak idzie do nas na wywiadówkę....Wyobraź sobie, co za obciach!
- Ach tak......- tylko tyle umiała z siebie wydobyć – to dobrze....cześć....!
- Halo! A gazetka? Nie zdążyłęm jej zrobić, więc może mi pomożesz dzisiaj? Ty byś podyktowała, a ja bym napisał.
- Wiesz....
- Taty dzisiaj nie będzie – dodał ze śmiechem.
- To może weź notatki i przyjdź do mnie?
- Super! Dzisiaj  kończymy razem p w-fie, więc najpierw możemy zajrzeć do mnie po materiały a potem iść do Ciebie spisać to i zgrać na płytkę.
- Ale ja nie mam nagrywarki!
- To wrócimy do mnie i nagramy. Co Ty na to?
- Dobra. – tylko tyle zdołała wykrztusić, ale tym razem jedynym uczuciem, które w niej rosło i niemalże unosiło nad ziemię, była ogromna radość!
- Będę czekał na Ciebie po lekcjach przed szkołą, ok? Narka!
Obróciła się szybko, żeby nie widział tej radości. I pobiegła uściskać Olkę!

FR

Wesołych świąt!

Jeśli i Ty chcesz sobie zrobić taką karteczkę, to proszę:-D Buźka! Wasz Fredek!